dlaczego nienawidzę supermarketów?

Parametry wymyślane przez ekono-socjo-psycho-urbanistów dla określenia parametrów zadowolenie z miejsca zamieszkania zawsze są niezwykle idiotyczne. Jak wiadomo "wielkomiejskość" (która dla mnie jest wprost proporcjonalna do zadowolenia z przebywania w danym mieście) mierzymy tylko dwoma, ale za to NIEZAWODNYMI, parametrami: jakością kebabu oraz skalą miejskiego targowiska z jedzeniem zwanego bazarkiem. Jeśli Batumi oceniać przez pryzmat tego drugiego parametru, to jest absolutnie fantastycznym miejscem do życia! Bazar z żywnością mieści się w dużej dwupiętrowej hali, pochodzącej zapewne z lat 70. Cały dół zajmują: owoce i warzywa, kasze, mąki, kiszonki oraz stoiska rzeźnickie, natomiast górę sery, tradycyjne słodycze, tradycyjne wędliny i drób.
Zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób wychowanych w kulcie chloru, lodówek oraz aseptycznych woreczków jednorazowych. Jest to TARG. 



Produkty spożywcze leżą na stołach (a nie w lodówkach czy chłodziarkach): rzędy przeróżnych miejscowych serów, świeżego solonego masła w drewnianych wiadrach, niezliczonych rodzajów twarogów, serów wędzonych, krowich, kozich... Czego dusza zapragnie! Ogólnie serowarstwo gruzińskie jest typowo pasterskie, więc nie ma tu serów typu holenderskiego, czyli po prostu dojrzewających serów żółtych (zapomniałam już jak smakuje kanapka z goudą!). Sery, które tu się wytwarza, to rodzina serów, które mnie najbardziej kojarzą się z oscypkiem: wędzonym i surowym, sporządzane z różnych proporcji mleka krowiego i koziego, słone jak feta lub całkiem delikatne. Poza tym twarogi: od całkiem "europejskich" po tak "miejscowe", że gdy spróbowałam jednego zrobiłam się lekko zielona - smakował jak coś co w międzywojniu nazywano serem zgliwiałym... Fuj!!!





W ogóle cała ta bazarowa czereda jest  zżyta - przekrzykują się non stop, śmieją się, jedzą, piją koniak, palą papierosy razem. Takie zachowanie obowiązuje też wobec klientów: są niezwykle serdeczni, ale każde nawet króciutkie zatrzymanie się przy stoisku skutkuje milionem pytań "czego potrzeba? co zapakować? co dołożyć? etc", ale za to wszystkiego można spróbować, pomarudzić, długo wybierać. O ile oczywiście opanuje się zawrót głowy na widok tej masy kolorów, smaków, faktur i zapachów.









Kompletnym novum dla mnie są tradycyjne gruzińskie słodkości: nie są one oparte na czekoladzie, tylko na orzechach i owocach. Absolutną podstawą, jeśli chodzi o orientowanie się w gruzińskich specjałach, jest czurczchela, czyli orzechy (włoskie, laskowe) nawleczone na nitkę i moczone w soku z winogron zagęszczonym mąką. Tworzy to piękne i pyszne warkocze. Drugim mega odkryciem jest t'hlapi, czyli... hmmm... jakby to opisać: suszone owoce namacza się, miksuje, masę rozwałkowuje i robi się z niej taki owocowy papier :)




Więc ogłaszam: nienawidzę supermarketów! Nieznoszę tego, że muszą tam pracować smutni ludzie, którzy nic nie wiedzą o jedzeniu! Nienawidzę tego, że muszę kupować jedzenie wysokoprzetworzone, od którego się tyje (tu jem non stop, ryj mi się nie zamyka a nie przytyłam nawet kilagrama, a nie prowadzę nazbyt aktywnego stylu życia)! Nienawidzę sztucznego chleba, bladych pomidorów, ogólnej polskiej ignorancji w stosunku do warzyw, tego że przyprawy mogę kupić tylko od jakiegoś kamisa i że zimą nie ma nic świeżego! Hala Targowa to pokazówa dla turystów, gdzie wszystko jest w horrendalnych cenach, a pochodzi od tych samych przemysłowych dostawców, którzy obsługują supermarkety. ZERO NA ŚMIECIOWE JEDZENIE!!!

dziwne święta

Nie jestem jakąś specjalną tradycjonalistką, z kościołem katolickim też od jakiegoś czasu mi nie po drodze, ale takie dziecinne przywiązanie do świąt gdzieś w sobie mam. Co prawda w tym roku przygotowanie trzech głupich potraw na mini-imprezę świąteczną na Inżu prawie mnie wykończyło. Ale poszłam i pokajałam się przed Mamą, że jestem pełna uznania, że ona po przygotowaniu CAŁEJ wigilii dla wszystkich, ma siłę na cokolwiek więcej niż wczołganie się pod koc. Świąteczne polskie szaleństwo w dużym stopniu mnie ominęło, ale miałam to sobie "odbić" tutaj. I co? NIC.
Wczoraj  de facto były święta, czyli jak to mówi znajomy apostata "urodziny Jezuska". Wigilii nie ma wcale. W pierwszy dzień świąt religijni powinni iść do cerkwi, a potem teoretycznie wszyscy spotykają się z rodziną i przyjaciółmi. Praktycznie wygląda to tak, że mimo iż ZDECYDOWANIE więcej osób jest tu praktykujących (także mocno i z przekonaniem), to nie ma nic z tej coca-colowej ani nawet przaśniej barszczowo-polskiej magii świąt. To dzień jak każdy inny. Nie pracowały tylko urzędy państwowe, a banki były czynne przez 4 godziny. Poza tym wszystko działa: robotnicy brukują ulice, babcie sprzedają papierosy i słonecznik, za 0,10 lari możesz kupić kilo cytryn, a za 4 zjeść coś w knajpie na przystani. Wszyscy biegają, coś załatwiają, jedyne co różni ten dzień od 364 pozostałych dni w roku to khwezeli, czyli drożdżowe bułeczki z serem i gotowanym jajkiem (bardzo smaczne zresztą). Chyba po prostu jestem zawiedziona, bo się niewiadomo czego spodziewałam ;/ Kontestacja kontestcją, ale świątecznych pierogów i barszczu z uszkami mi brakowało :(

taste of georgia, czyli chaczapuri

Generalna zasada jest taka: co kucharz czy dom to chaczapuri. Najprościej rzecz ujmując chaczapuri, to chleb z zapieczonym serem. Jak pisał Jamie Oliver - klasę kucharza poznaje się po tym jak przygotowuje najprostsze danie. Chaczapuri jest więc papierkiem lakmusowym kuchni gruzińskim. Niech matka, babka i Wielki Kosmiczny Potwór Spaghetti, którego wszyscy jesteśmy wyznawcami, broni Was przed wizytą we wrocławskiej i krakowskiej "restauracji" Gruzińskie Chaczapuri!!! Ta odmokła pita, którą tam podają nie ma nic a nic wspólnego z chaczapuri!


Najpierw może to, które je się w środkowej Gruzji - takie jakie jadłam w Tbilisi. Jest to placek z ciasta drożdżowego (któremu jednak nie pozwala się wyrosnąć) lub jakiejś wariacji na temat ciasta francuskiejgo (znów: co kucharz to obyczaj) nadziany gruzińskim serem (może być to delikatny ser, prawie bez smaku, rodzaj bardziej porowatej mozarelli, może być to ser bardzo mocno solony - niemal jak feta, tylko o konsystencji sera typu mozarella etc.), który piecze się w piecu opalanym drewnem. Je się to na ciepło i na zimno, jako śniadnie, przekąskę, do herbaty, wieczorem, gdy nie chcesz jeść nic ciężkiego - słowem ZAWSZE*.




Drugą opcją - odmienną - jest adżarskie chaczapuri - które jest po prostu niewyobrażalnie pyszne!!! Ciasto jest takie jak na najlepszą włoską cienką, ale chrupiącą pizzę. Najpierw łódkę  ciasta wstępnie się piecze w piecu, potem kucharz może (choć nie musi, wg uznania) wyciąga ciastowe wnętrze łódki i daje tam ser, i znów do pieca. Potem na to jajko (białko musi się ściąć, ale żółtko pozostać płynne), tuż przed podaniem daje się jeszcze na to łyżkę masła. Adżarskie chaczapuri zawsze podaje się na gorąco. Najpierw widelcem trzeba rozmieszać  nadzienie, czyli ser, jajko i masło (ew. z ciastowym wnętrzem, jeśli kucharz go nie wycągnął). Samo chaczapuri je się bez użycia sztućców - zaczyna się od urywania palcami brzegów ciasta i nabierania na to nadzienia. I jest to kulinarny koniec świata. Amen.









* takie chaczapuri można spróbować zrobić w Polsce - największym problemem jest ser, którego nigdzie nie można dostać. My robiliśmy go tak: 100g fety, 100g mozarrelli, 50g sera białgo i  100g sera żółtego typu gouda; wszystko trze się na tarce, i miesza. Na blachę kładzie się arkusz ciasta fransuckiego, daje na to serowe nadzienie, drugi arkusz ciasta i bardzo dokładnie skleja brzegi, by nic nie wyciekło. Wrzuca się do piekarnika na ok 15-20 min, ok 5 min przed końcem wierzch ciasta trzeba posmarować rozbełtanym jajkiem. Jest gotowe gdy wierzch jest rumiany, a ser w środku rozpuszczony.

wprowadzenie do tematu-rzeki, czyli jedzenie

Oczywistym było, że kuchnia gruzińska i polska (jest w ogóle coś takiego?! bo mam duże wątpliwości...) bardzo się różnią, ale szczerze mówiąc ogrom tych różnic mnie bardzo, bardzo zaskoczył. Ba! Zaryzykuję stwierdzenie, że są to byty kulurowe tak do siebie nieprzystawalne, że ich porównywanie jest bezsensowne. Jednak spróbuję coś o tym OSZAŁAMIAJĄCYM gruzińskim jedzeniu napisać*. 

Proponuję od razu - zawczasu - przygotować sobie coś do jedzenia, bo może być ciężko :)))

CHLEB
Tradycjny gruziński chleb to LAWASZ. Może być robiony na zakwasie, ale raczej nie przypomina chleba baltonowskiego ;) Jest płaski (grubości ok. 1 cm), długi na 45-55 cm i ma kształt wrzeciona (jak pojawią się zdjęcia będzie łatwiej :)). Kupuje się go w tradycyjnych piekarniach, jakich jest mnóstwo nawet w ścisłych centrach miast. Wygląd takiej piekarni niejedną panią z Sanepidu wpędziłby go grobu :))) Zwykle jest to niezbyt duże pomieszczenie, które od bardzo, bardzo dawna nie widziało pędzla malarskiego, a za główny środek czystości i dezynfekcji służy mu miotła. Ciasto piekarz zawsze wyrabia ręcznie na miejscu, ale cały myk polega na jego pieczeniu. Główną część izby (określenie jak z Konopnickiej pasuje tu idealnie!) zajmuje tradycyjny, kamienny gruziński piec, opalany drewnem. Ma on kształt półkuli, o wysokości ok. metra (może trochę mniej) i średnicy podstawy ok 1,5-2m. Piekarz po przygotowaniu z surowego ciasta, za pomocą packi, wyglądającej jak do nakładania tynku na budowie, przykleja taki chlebowy placek do ścianki pieca od wewnątrz.  Po ok. 5 minutach wyciąga upieczony już lawasz i sprzedaje.
Tego chleba nigdy nie kroi się nożem, zawsze rwie się palcami. Służy on za rodzaj podstawowego dodatku i sztućca** do większości dań. Moim topem w wersji gruzińskiej są: moczony w sosie z orzechów włoskich, jeszcze gorący prosto z piekarni przedarty wzdłuż i wrzucony w środek gruziński ser*** lub w wersji kompletnie barbarzyńskiej posmarowany nutellą ;)))

Oczywiście w miastach można też kupić chleb bardziej przypominający ten polski. Inne rodzaje przywędrowały jednak do Gruzji głównie z Rosjanami (bądź innymi zaplątanymi w historię słowianami). W Batumi jest też co najmniej kilka piekarni tureckich, ze względu na sporą mniejszość turecką. Popularnym - także wśród Gruzinów - rodzajem jest coś, co mnie najbardziej przypomina bułkę wrocławską lub wekę, ale robioną z nie tak białej i oczyszczonej mąki. Ten rodzaj pieczywa nie przymina prawdziwego polskiego chleba, który -  przynajmniej dla mnie - musi być leciutko wilgotny, gliniasty i nie może rozpadać się w drobny pył tuż po pokrojeniu. Ta chlebo-bułka jest bardziej sucha i się kruszy, ale świetni8e nadaje się do jedzenia dań z gęstymi sosami - lepiej je wchłania niż lawasz.


*) rzecz jasna nie ma też czegoś takiego jak _kuchnia gruzińska_ senstu stricte: każde województwo ma swoje specyficzne dania, sposoby ich przygotowania i podania. Jako, że pomieszkuję w Adżarii (Ajara), to znaczna część przepisów jest w miarę miejscowa, choć oczywiście ni wszystkie, bo kuchnia jest przecież jedną z najbardziej moblinych części naszego dziedzictwa kulturowego :)

**) w kuchni gruzińskiej bardzo mało używa się sztućców, zdecydowana więszość dań jest tak przygotowywana, że je się je palcami lub/i pomagając sobie ułamanym kawałkiem chleba, na który np nabiera się sos z talerza

***) to jest osobna i długa opowieść! :)

PS do bardzo długiej notki o skoku cywilizacyjnym w Batumi

KOSZTEM - z obrzydliwej wygodnicko-europejskiej perspektywy - bardzo uciążliwym!!! - skoku cywilizacyjnego są codzienne i notoryczne przerwy w dostawach wody i prądu. Ponieważ nie ma tu w ogóle żadnej miejskiej sieci ciepłowniczej (a w mieszkaniach nie ma WCALE kaloryferów), w każdym mieszkaniu jest bojler na prąd, w związku z tym brak czasowy dostępu do takiej zdobyczy cywilizacyjnej, oznacza automatycznie brak dostępu też do ciepłej wody... W sylwestra też tak było, dziś w nowy rok to samo - a poza gorącym rosołem, to właśnie ciepła kąpiel byłaby dziś najbardziej wskazana...

bardzo długa notka o skoku cywilizacyjnym w Batumi



Tym, co towarzyszy POTWORNYM i kompletnie ALOGICZNYM "zasadom" ruchu drogowego jest okropny, nieustanny, niemal 24-godzinny hałas. Mieszkanie we Wrocławiu przy trasie W-Z jest naprawdę niczym, w porównainu z tym co w Batumi dzieje się na każdej ulicy.

Od początku: ok. dwóch lat temu postanowiono (czytaj: Michaił Saakaszwili i jego ekipa miejscowych pseudo-oligarchów*) KOMPLETNIE przebudować Batumi na wzór jakiejś miłej zachodniej miejscowości w stylu Nicei na przykład**. Sama idea była i jest słuszna - do lat 20. Batumi kwitło - posiadało fantastyczną marinę, port, bulwar nadmorski, a centrum, mimo iż nie powalało architektonicznym rozmachem (budynki mają nie więcej niż 2-3 piętra), było utrzymane w stylu kolonialnym i postkolonialnym, z przepięknymi kutymi balkonami na każdej fasadzie.



80 lat bycia częścią Związku Radzieckiego zrobiło swoje, zwłaszcza zważywszy na fakt, że mimo iż Józef  Dżugaszwili - "Stalin", pochodził z Gruzji właśnie, nie szczędził swoim rodakom niczego: czystek prowadzonych przez czekistów (pod jednym z głównych placów w Batumi, przed teatrem i operą odkryto masowe groby z lat 1917-30), wywózek w najdalsze zakątki ZSRR, wreszcie odebrania Soczi***. Sowiecka beznadzieja przenika się w mieście z postsowieckim brudem i syfem: w zabytkowe dzielnice wbito w latach 60., 70, i 80. przerażające, nawet jak na polskie warunki, dziesięcio- i dwunasto-piętrowe bloczury: nie tylko mieszkalne, ale też pseudo-fabryki czy manufaktury w stylu "Domu Tekstylnego", w którym wiadomo czym się 30 lat temu zajmowano, a który dziś jest obskurwiałą ruiną przesłaniającą mi widok morza z okien mojego pokoju.






Na tym tle - tak dobrze rozumianym w Polsce - decyzja o re-witalizacji Batumi i przywróceniu mu turystycznego i trochę dekadenckiego charakteru cieszy. Problem jest taki, że na tak ogromniej inwestycji każdy kręci tu niezłe lody. Poparty wielką kopertą wszedł przede wszystkim kapitał turecki - i tak stanął w Batumi wielki i święcący hotel Sharaton. W mieście zaroiło się od Turków - nie tylko sezonowych pracowników tyrających na budowach, ale też drobnych kupców, fryzjerów, rzeźników etc. Dla Gruzinów to niemały problem, bo ok. 5.-milionową Gruzję Turcy mogli by po prostu kupić i zasiedlić. Za tureckimi inwestycjami przyszły kolejne: ze wszystkich stron świata, ze Szwajcarią i byłym już merem Moskwy Łużkowem na czele. Z polskiej perspektywy nie ma się co zżymać - tak już ten świat postkapitalistyczy w bloku wschodnim funkcjonuje, że pieniądze i wpływy wymienia się na ziemię, pracę, know-how i jeszcze więcej pieniędzy. Problemem nie jest już nawet ten kompletny brak transparentności przy sprzedaży działek, tylko momentami brak jakiegokolwiek nadzoru nad tym CO się buduje. I z jedenj strony absolutnie fantastyczna, piękna, udana, ze  smakiem wykonana i dopracowana przebudowa bulwaru nadmorskiego**** (i ma rację prezydent bo udała mu się ta Nicea nad Morzem Czarnym),a z drugiej takie koszmary architektoniczne, że przy nich najbardziej "awantgardowe" propozycje Jarząbka we Wrocławiu są mocno klasycyzujące.
Ponadto Batumi zmaga się z problemem doskonale znanym z polskich miast - zawłaszcaniem budynków użyteczności publicznej - tak jak na Piotrkowskiej w Łodzi nie można dziś zjeść nic poza kebabem, a jeszcze jakiś czas temu była to reprezentacyjan ulica miasta, tak w Batumi szkoły, biblioteki, szpitale etc. - słowem budynki użyteczności publicznej - zmienia się w banki. Procedura jest prosta - obcina sie do zera dotacie na remonty, budynek popada w kompletną ruinę, więc zarządcy proponuje się "uczciwą" wymianę: zabytkowa ruina w zamian za budynek z pustaków gdzieś poza centrum. Kolejnym krokiem - niestety, obawiam się że nieuniknionym - stanie się zawłaszczenie przestrzeni publicznej w ogóle.Na razie nie dochodzi do tego na dużą skalę głównie ze względu na to, co poza budowami dzieje się z miastem - mianowicie: zauważono, że podmokłe tereny, na których leży Batumi, bardzo "pracują" - powoduje to m.in. pękanie asfaltu, dlatego podjęto decyzję o wymianie wszędzie tam gdzie to możliwe asfaltu na kostkę, która jest bardziej elastyczna. Tylko zabarno się za to po gruzińsku... W tym momencie na ok. 80-90% ulic w Batumi nie ma żadnej nawierzchni - asfalt jest zryty,i zostało to zrobione "na hura" w całym mieście. Brak nawierzchni, goła ziemia, kamienie lub błocko oczywiście nie przeszkodziło mieszkańcom wszędzie poruszać się autami - powoduje to niesłychany paraliż: korki, huk i hałas, notorycznie zniszczone auta - praktycznie tylko właściciele Niw poryszają się po mieście w miarę swobodnie - są to samochody przystosowane do tak ekstremalnych warunków, a z drugiej strony mniejsze niż nowe terenówki, które ledwie mieszczą się w ciasnych batumskich uliczkach.
"Skok cywilizacyjny" zafundowany przez władzę mieszkańcom spotyka się z obojętnością. Na odnowionym bulwarze szaleją dzieciaki, a staruszkowie grają w tryk-traka, co jakiś czas wzdychając tylko, że kafejki które przeżyły komunę i gorzkie lata 90. nie wytrzymały pod naporem modernizatorów. Mimo błocka, likwidacji większości chodników babcie na swoich składanych krzesełkach nadal handlują pietruszką, papierosami, gazetami czy czurczchelą. I choć wszystko się zmienia - bo zmieniać się musi - wbrew temu, co mówią malkontenci, ciągłość dziejów jest i będzie zachowana.





*) pseudo-oligarchów, bo Gruzja nie posiada żadnych znaczących dóbr naturalnych, które po nacjonalizacji w czasie komuny, w latach 90. trafiłby w prywatne ręce - niemożliwe więc było powstanie aż takich bajecznych fortun jak w Rosji; jednak wszystkim innym czym można się było podzielić: ziemią, państwowymi firmami, a przede wszystkim wpływami - obsadą nomenklatury podzielono się gorliwie i to nie raz, a co najmniej 3: tuż po ogłoszeniu niepodległości, po dojściu Szewardnadze'go do władzy i po "rewolucji" Saakaszwilego - przyjmijmy, że jest to specyficzne postsowieckie "krążenie elit" - specyficzne bo zwykle między pałacem a więzieniem
**) cenne porównanie do Nicei pochodzi od Maxa - dzięki :)))
***) Soczi, w którym w 2012 będą Igrzyska Olimpijskie - było to bardzo grubym nietaktem, jak mawiał Ivan z "Jabłek Adama", ze strony MKOl, że przyznał igrzyska właśnie tej lokalizacji
****) tajemnicą poliszynela jest fakt, że olbrzymie pieniądze jakie zainwestowanie w przedłużenie bulwaru z 5 do 8 km, bardzo szybko wróciły do odpowiednich kieszeni za sprawą deweloperów, którzy przy nowej części stawiają apartamentowce i hotele, wabiąc chętnych "luksusową lokalizacją"

sylwestry

Dziś sylwester, który dla prawosławnych tu zaczyna tak naprawdę okres świąt. Na ulicach od trzech dni
panuje kompletny chaos - wszyscy biegają jak w ukropie: kupują choinki (te "europejskie" i te tradycyjne),


 świeżo zaciukane i oskubane kurczaki, prezenty, jedzenie, słodycze, ubarnia - no słowem wszystko, co jest potrzebne na święta. Popołudnie i wieczór, spędzimy w domu przyjmując gości - wszystkich krewnych i znajomych, którzy zjechali do Batumi.
Potem idziemy na główny plac w Batumi, pl.Europy gdzie wystąpi m.in. Andrea Bocelli i Cirque du Soleil (ha!ha!ha! i gdzie Polsce do Europy z Marylą i Edytą!), a potem ok. 1:30 idziemy na imprezę (bo tu dopiero dobrze po północy zaczynają się imprezy sylwestrowe). Pierwszy jest wolny, 02. idzie się do pracy, a potem już do świąt większość ludzi ma wolne.W ogóle tu jest dziwna sprawa, w Gruzji nie ma czegoś takiego jak
prawo pracy - większosć ludzi pracuje na czymś takim jak umowa-zlecenia bez urlopu czy zwolnienia lekarskiego i bez tygodniowej normy, tzn bardzo dużo ludzi pracuje po 7 dni w tygodniu, po 10-12h.
Poza urządami państwowymi nie ma w ogóle wolnych weekendów - działa absolutrnie wszystko i to od samego rana do 21-22 wieczorem. Supermarketów nie ma tu (na szczeście!) prawie wcale. Wszystko kupuje się w sklepikach typu "mydło i powidło" oraz na targowiskach, które nie są jednak placami jak u nas, tylko raczej rzędami bud, stolików, łóżek polowych rozkładanych na każdej ulicy i w ogóle wciskającymi się w każdą możliwą przestrzeń. Nikogo tu nie bulwersuje sprzedawanie mięsa prosto z rozkładanego stolika, bez lodówek itp. W sumie to niegłupie, bo wszyscy tu się znają, każdy wie skąd np. kurczak pochodzi, ma się pewnosć, że jest świeży, w przeciwieństwie do tego co można znaleźć w zamrażarkach w
sklepach: obok lodów, czy mrożonych gotowych dań w stylu pilemiegów, leży żóltawy zamarznięty, NIEzapakowany nawet w worek kurczak -OHYDA!!!!!
Ogólnie europejskie poczucie higieny nie jest tu zbyt popularne. Ale jakby wszyscy żyją, ja też nie miałam żadnych sesacji żołądkowych, więc chyba rzeczywiście jest tak, ze my w Europie żyjemy pod bezsensowne dyktando koncernów chemicznych w kółko wciskających nam ajaksy i domestosy, i przekonujących nas że wszystko musi być zdezynfekowane.

Jest 14, a dużo przygotowań przed nami - więc szampańskiej zabawy wieczorem i szczęśliwego Nowego Roku! Bednieri ahali celi! :)))

UPDATE: Tak było:



smacznego!

Kanapka z serem na kolację?
Chyba żartujesz...!

Adżarskie chaczapuri - smacznego!

Batumi

W Batumi można zakochać się od pierwszego wejrzenia, zwłaszcza jeśli wyląduje się w samym centrum, tuż przy morzu. Gwałtowny rozwój Batumi rozpoczął się w latach 80. XIX w. - dynamiczny rozwój portu i wzrost znaczenia żeglugi czarnomorskiej, szły w parze z przebudową tkanki miasta wg wzorców zachodnich. Siatka kolonialna została oczywiście zmodyfikowana na gruzińską modłę pełną chaosu przestrzennego, przypadkowości i prowizorki. Cenne więzy społeczne pomiędzy wielopokoleniowymi rodzinami, krewnymi, powinowatymi, przyjaciółmi i sąsiadami, pomagały utrzymywać tzw. włoskie podwórka, które do dziś tworzą sieć skrótów i tajemnych przejść wśród siatki ulic.


Na pierwszy rzut oka Batumi to takie San Remo nad Morzem Czarnym - piękny widok gór okalających zatokę, zabudowa z przełomu XIX i XX w., słowem uroczy kurort. 






wszędzie gruzy

Trzy dni spędzone w Tblisi nic nie mówią o tym mieście, albo mówią aż zbyt wiele. Przez ten, krótki czas wszędzie byłam wożona luksusowym autem, jakich w tym mieście nie brakuje. Jednak klasa średnia mknie swoimi mercedesami, przez miasto "upadłe" - skopane przez lata rządów sowieckich, brudne, zaniedbane, obdrapane, wyprane z kolorów. Centrum, nie "city" w naszym rozumieniu, ale dzielnica rządowa jest oczywiście czysta, świecąca odmalowanymi fasadami, przepięknie udekorowana na zbliżające się święta, lecz wystarczy nieco zboczyć by zobaczyć tą twarz miasta, którą Saakaszwili skrzętnie chowa przed swoimi zachodnimi przyjaciółmi, a która jest dużo ciekawsza: w końcu nie po to tłukłam się 3 tys. kilometrów, żeby przechadzać się wzdłuż dwu-trzypiętrowej Unter den Linden!




Tym, co widać od razu, co zaskakuje tuż po wyjściu z lotniska, jest to jak się po tym mieście jeździ. Oczywiście po pierwszym pobycie w Hiszpanii i przedzieraniu się pożyczonym autem przez madryckie ulice, nie wyobrażałam sobie, że można być większym "południowcem" w tym temacie. Ale teraz ogłaszam: Polacy to Niemcy, ba! Hiszpanie to Niemcy (jeśli chodzi o to co i jak porusza się po drogach). W Tblisi każdy wehikuł, który byle się toczy, bez świateł, zderzaka, a nawet i drzwi, jeździ po publicznych drogach ku uciesze właściciela, i jako postarch wszystkich innych. Absolutnie najgorszymi żęchami są taksówki - praktyczne każda wygląda jak ściągnięta ze szrotu w Niemczech i po dodaniu zapachowej choineczki puszczona na drogi. W ogóle z taksówkami jest śmieszna sprawa - łapie się je na ulicy "po nowojorsku", są bardzo tanie, choć oczywiście ryzykuje się życiem, wsiadając do takiej maszyny. W środku kierowca ma zwykle pełny bufet, więc wszędzie jest pełno okruchów od chaczapuri, jakiś niedokończony kiszony pomidor i butelka borjomi + nadymione do oporu, bo w Gruzji można palić absolutnie wszędzie (i wszyscy skrzętnie z tego prawa korzystają, choćby dlatego, że paczka fajek kosztuje ok 3,5 zł). Ale wszak nie maszyna kierowcę czyni! Więc Gruzini to zdecydowanie NAJ-kierowcy, nie mnie oceniać czy jest to jednak geniusz czy brawura granicząca z głupotą, pozostanę więc przy określeniu NAJbardziej hardkorowi. Światła? Światła są dla idiotów, którzy nie potrafią jeździć (dlatego w samym centrum, bardzo zatłoczonym, są może ze trzy skrzyżowania z sygnlizacją). Oznaczenia poziome? Pasy? Podwójna ciągła? To dobre dla frajerów - tu nie ma żadnego znaczenia, czy jedziesz  dwupasmówką i wyprzedzasz sznur samochodów gnając na czołówkę, czy akurat zawracasz na zjeździe z estakady: klakson, wiązanka "mięcha" po gruzińsku/rosyjsku/armeńsku i gaz do dechy, chodzi o to by zastraszyć przeciwnika. By otrzymać jeszcze lepsze "parametry grywalności" w to wszystko wpuszcza się pieszych, którzy ze względu na remonty pozbawieni są chodników, a jako że nie ma sygnalizacji, to przejść dla nich też nie uświadczysz. Dno piekieł!


Do Tbilisi wracam po prawosławnym nowym roku na dłużej - minimum na tydzień. 




.